News

Lart studiO Live Search





 



W trzeciej klasie liceum trzeba było podjąć decyzję, jaki kierunek studiów wybrać, no to zdecydowałem, że będzie to informatyka albo aktorstwo. Jeździłem na korepetycje z fizyki, by zdać na informatykę i równolegle na konsultacje do Akademii Teatralnej w Warszawie. Ostateczny wybór przyszedł trochę z lenistwa, bo materiał do przygotowania do szkoły teatralnej był po prostu łatwiejszy. W Warszawie byłem pod kreską, za to od razu dostałem się do PWSFTviT w Łodzi. Po roku Łódź zrezygnowała ze mnie. Przez rok byłem w Larcie - policealnym studiu aktorskim w Krakowie, a później zostałem przyjęty na wrocławski wydział lalkarski, filię PWST w Krakowie.

 





 






Gdybym miał związać się z jedną instytucją, zamęczyłbym się. Muszę mieć różnorodność. Gdybym chciał mieć swoją małą stabilizację, to wróciłbym na Mazury i tam uprawiał pole albo pomagał ojcu w interesach - mówi Piotr Srebrowski, związany z Trójmiastem aktor i reżyser.

 

Czemu wybrałeś teatr?

W teatr zacząłem bawić się już w podstawówce. W liceum w moim rodzinnym Olecku (między Ełkiem a Suwałkami) mieliśmy teatr plenerowy Krzyk Ciszy. Graliśmy głównie po okolicy, czasem uderzaliśmy gdzieś na Litwę. W trzeciej klasie liceum trzeba było podjąć decyzję, jaki kierunek studiów wybrać, no to zdecydowałem, że będzie to informatyka albo aktorstwo. Jeździłem na korepetycje z fizyki, by zdać na informatykę i równolegle na konsultacje do Akademii Teatralnej w Warszawie. Ostateczny wybór przyszedł trochę z lenistwa, bo materiał do przygotowania do szkoły teatralnej był po prostu łatwiejszy. W Warszawie byłem pod kreską, za to od razu dostałem się do PWSFTviT w Łodzi. Po roku Łódź zrezygnowała ze mnie. Przez rok byłem w Larcie - policealnym studiu aktorskim w Krakowie, a później zostałem przyjęty na wrocławski wydział lalkarski, filię PWST w Krakowie.

Jak trafiłeś do Trójmiasta?

- Jak to często bywa, zostałem polecony. Mój profesor został swego czasu zapytany przez poprzedniego dyrektora Teatru Miniatura, Konrada Szachnowskiego, czy jest jakiś młody zdolny lalkarz z Wrocławia. Mój profesor przekazał mi to mniej więcej tak: "panie Piotrze. Tu się mnie kolega z Gdańska pyta. Wszyscy twoi koledzy mają już pracę. Ci z roku niżej muszą jeszcze zrobić dyplom, to zostałeś mi ty...". Tak to się zaczęło. Jerzy Jan Połoński robił akurat "Piotrusia Pana" i wpadł na pomysł, by to mnie obsadzić w głównej roli. Sądzę, że dostałem ją, bo miałem długie włosy, ale debiut na deskach Miniatury miałem dzięki temu okazały. Właśnie zakończyliśmy "Piotrusia..." po czterech i pół roku, zagraliśmy go 200 razy.

Nie tylko z Miniaturą żyjesz dobrze, wszędzie cię pełno. Grywasz w Miniaturze, w Teatrze Gdynia Główna, na Scenie SAM w Centrum Kultury w Gdyni...

- ...a poza tym niebawem premierę będzie miała "Wróżka z kranu" Teatru Boto w Sopocie, no i grywam niewielką rolę w "Statku szaleńców" Nikołaja Kolady w Teatrze Wybrzeże. W Operze Bałtyckiej przez moment miałem etiudę marionetkową w "Body Master" Izadory Weiss. Czasem żartuję, że nie grałem w Trójmieście już tylko w Teatrze Miejskim i Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Jednak jak na lalkarza rzadko animujesz lalki.

- Poza "Śpiącą Królewną" z Lubą Zarembińską, faktycznie jakoś tak się złożyło, że gram bez lalek. Nadrabiam za to reżyserując spektakle dla dzieci, gdzie lalek i animacji przedmiotów jest bardzo dużo. W przypadku spektakli dla młodego widza najtrudniejsze dla mnie jest znalezienie odpowiedniego materiału. Jak realizowałem "Juri" to ogłosiłem konkurs na tekst, by mieć dodatkową motywację. Planuję w przyszłym roku zrealizować drugi nagrodzony tekst pod tytułem "Kraina czerwieni". "Wielkie ciasto" powstało na podstawie "Kowala z Podlesia Większego" Tolkiena. Tam rzeczywiście jest opowieść o kuchni, więc tym tropem poszliśmy i wymyśliliśmy, że budujemy kuchnię i że będzie dwóch kucharzy, którzy wszystko opowiadają. Potem zaczęliśmy szukać garnków po znajomych, po rodzinie. W przypadku spektaklu "Juri" kluczem była szafa, a w szafie można znaleźć wszystko - odkurzacz, stary telefon, pasek, jakieś pudełka. W ten sposób pojawiały się w przedstawieniu.

Nie reżyserujesz za to spektakli dla dorosłych.

- Parę miesięcy temu poproszono mnie, bym poprowadził zajęcia aktorskie. Zaczęliśmy wymyślać spektakl interaktywny, gdzie każdy widz dostanie rolę z historycznymi postaciami 20-lecia międzywojennego w Gdyni, przygotowany w konwencji bankietu. Większość roboty będzie do wykonania przez widza. Będzie też kilka zakończeń w zależności od tego, do czego widzowie dojdą, oczywiście z impulsami ze strony aktorów. Sami jesteśmy tego ciekawi - pierwszy pokaz planujemy już 18 grudnia w Teatrze Gdynia Główna, a później grywać będziemy pewnie w prywatnych mieszkaniach.

Poza teatrem są też produkcje filmowe i telewizyjne.

- Zawsze starałem się grać w etiudach studenckich czy produkcjach niezależnych. Niedawno miałem główną rolę w "Kłamcy" w reżyserii Macieja Wiktora - film jeździ teraz po festiwalach. Bywam też na planach seriali, na przykład "Pierwsza miłość", a poza tym były "Fala zbrodni", "Tancerze", "Licencja na wychowanie" czy ostatnio "Bodo". Przecież w nich też potrzeba kogoś, kto przyniesie paczkę albo będzie przez chwilę taksówkarzem lub policjantem. Niedawno było też "Polskie gówno", gdzie zagrałem księdza. Ostatnio ukończyłem zdjęcia do filmu Jana Kidawy Błońskiego "Gwiazdy", poświęconego Janowi Banasiowi, gdzie gram piłkarza Górnika Zabrze, Stanisława Oślizło. Premiera filmu planowana jest na przyszły rok. Generalnie jednak ciężko przebić się z Trójmiasta do telewizji czy filmu.

Z czego to wynika?

- Trzeba spotykać odpowiednich ludzi, którzy w odpowiednim momencie sobie o tobie przypomną. Ja wybrałem taką formę, że sam poznaję ludzi. Zdarzyło się, że poznałem w czasach studenckich pewną reżyserkę i jak pojawiłem się po czterech latach na pewnym castingu, to sobie o mnie przypomniała. W ten sposób wydarzyły się "Gwiazdy" Jana Kidawy Błońskiego.

Prawdę mówiąc trochę mnie zmartwiłeś. Myślałem, że z castingów do kina i telewizji dostają się przynajmniej w jakimś stopniu ci najzdolniejsi, a nie ci najlepiej ustosunkowani...

- Własnymi siłami i na bazie talentu robimy swoje rzeczy tutaj, siłą kumpli. Jak już nagra się amatorską produkcję, to jest szansa, że pojedzie ona na jakiś festiwal offowy, że twarz aktora się komuś opatrzy. Wtedy też ma on już co pokazać na zewnątrz, a szanse na angaż rosną.

Wolisz grać przed widzem czy przed kamerą?

- Jedno i drugie daje dużo frajdy. Kiedy jest widz i spektakl dobrze idzie, to mam potem energię na cały wieczór. Teatr to też pewna regularność, bo wiem z wyprzedzeniem, co i kiedy zagram. Za to kamera daje co innego: jesteśmy cały dzień na planie, spędzamy wspólnie czas, poznajemy się z całą ekipą - to ciekawe doświadczenia. Gdy coś nie wyjdzie, można powtórzyć. Choć na planach seriali często jest taki pęd, że wszystkim zależy przede wszystkim na tym, by jak najwięcej scen nagrać w możliwie najkrótszym czasie. Reżyser przekazuje uwagi, ktoś przypina w tym czasie mikroport, a za plecami właśnie zmienia się scenografia. I zaraz jest szybka próba, potem gramy i po chwili słyszymy "mamy to". I lecimy dalej. Z tego wynika niska jakość niektórych polskich seriali, bo wszystko robi się jak najszybciej i jak najmniejszym kosztem.

A gdy spektakl ma złą energię, brakuje koncentracji na widowni i wszystko jest nie tak?

- Wiele zależy od nas, aktorów, i od tego, jak pójdą pierwsze sceny. Ale czasem faktycznie trafia się tak nieprzyjazna widownia, że za wiele wskórać nie możemy. Wtedy ja też wychodzę ze spektaklu zmęczony.

Jak odbierasz wyreżyserowane przez siebie spektakle?

- Moje spektakle na szczęście dają dużo możliwości do improwizacji i prawdę mówiąc lubię, jak aktorzy mnie zaskakują. Oglądam "Wielkie ciasto" i "Juri" bardziej jako widz. I jeśli widzę, że coś nie idzie, że gdzieś ominęli jakiś ważny element i wiem, że muszą do tego wrócić, to jestem po prostu ciekawy, jak z tego wybrną. Zupełnie się tym nie stresuję. Przygotowuję takie spektakle, które mi się podobają. Wiem, że ich szkielet jest na tyle solidny, że nie ma możliwości, by była klapa. Aktorzy dodają szczyptę nieprzewidywalności i magii.

Świadomie podążasz w dwóch kierunkach - jako kapitan statku (reżyser) i jeden z marynarzy. Któraś z tych dróg jest dla ciebie ważniejsza?

- Zauważyłem, że po tych dwóch moich spektaklach jestem mniej angażowany aktorsko. Jestem wolnym strzelcem i rządzi mną kalendarz. Na wiele swoich działań mam zielone światło i to mi odpowiada.

Więc brak etatu to świadomy wybór?

- Tak. Etat byłby dla mnie więzieniem. Gdybym miał związać się z jedną instytucją, zamęczyłbym się. Muszę mieć różnorodność. Gdybym chciał mieć swoją małą stabilizację, to wróciłbym na Mazury i tam uprawiał pole albo pomagał ojcu w interesach.

Startując w aktorstwo miałeś wyobrażenia o tym zawodzie, które nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości?

- Wszyscy myśleliśmy, że będziemy wielkimi gwiazdami. Potem się okazało, że swoją pozycję się buduje latami. Bywają jednak przypadki, że niektórzy bardzo szybko wskakują na szczyt, co jest motywacją do dalszej pracy. Byłem na roku na przykład z Mateuszem Kościukiewiczem. Na roku była też Weronika Rosati i Marta Nieradkiewicz. Dzięki temu, że znam wielu aktorów, to nie mam kłopotu z obsadą swoich spektakli, bo wiem, kto jest niezły, a kto bardzo dobry i w danym czasie nie bardzo ma co robić. Wtedy może przystać nawet na niskobudżetową pracę w teatrze.

 

Łukasz Rudziński

trojmiasto.pl

19-11-2015

 

 

 

 

 

 

LART- ORBITA MARZYCIELI

Absolwentami Lartu są m.in.: Paweł Małaszyński, Anna Cieślak , Dawid Ogrodnik, Urszula Grabowska, Olga Frycz, Leszek Lichota, Wojciech Urbański, Magdalena Waligórska, Grzegorz Halama, Małgorzata Buczkowska, Bartłomiej Świderski, Magda Boczarska, Monika Jarosińska, Bartosz Gelner, Marta Nieradkiewicz, Janusz Kruciński, Magda Turczeniewicz, Karol Pocheć, Agata Wątróbska, Andrzej Młynarczyk, Marta Chodorowska, Krzysztof Minkowski, Marcin Czarnik, Grzegorz Mielczarek, Grzegorz Wojdon ...841 ZDOBYTYCH INDEKSÓW SZKÓŁ TEATRALNYCH!

Urszula Grabowska / Lart*1996:

Nikt nie dal mi z siebie tyle, ile dostałam od prowadzących w Larcie. Polecam Lart wszystkim..

Hits: 1904

Bartosz Gelner / Lart*2008

Lart to bardzo energetyczne miejsce. To był dla mnie mega przełomowy, inaczej lepiący mnie czas.

Hits: 2080

Anna Cieślak / Lart*2000:

Przeszłam tutaj ogromną szkołę, chyba najtrudniejszą w życiu. Ja się tu naprawdę obudziłam i zaczęłam pracować.

Hits: 2264

Paweł Małaszyński / Lart*1998:

Przyjechałem tutaj i zakochałem się w tym miejscu, zakochałem się w tych profesorach i naprawdę ci ludzie, tu, nauczyli mnie stać na scenie.

Hits: 2048

Marta Nieradkiewicz / Lart*2003:

Lart to był bardzo trudny rok dla mnie jako dziewczyny, która chciała zostać aktorką. Byłam poddana ostrej krytyce. Nie było litości.

Hits: 2143

Leszek Lichota /Lart*1998:

Gdyby nie Lart to z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że na pewno by mnie nie przyjęli do żadnej szkoły. Lart dał mi dużo więcej niż 4 lata studiów.

Hits: 2047

Magda Turczeniewicz /Lart*2002:

Lart to jest takie wspaniałe miejsce, które może Wam pomóc dostać się do siebie, do swojej autentyczności.Rok w Larcie to czas odkrywania i wyzwalania.

Hits: 1923

Janusz Kruciński / Lart*1995:

Lart to jest ten rodzaj harówki, gdzie ludzie zaczynają pokonywać największe swoje słabości, zaczynają się między nimi zupełnie inne relacje.

Hits: 1841

Olga Frycz / Lart*2006:

Przyszłam do Lartu, przeszłam tutaj swoje, oczywiście... Uczyłam się przez rok. Naprawdę ciężko pracowałam.

Hits: 2101