Uważam, że Lart spełnia swoje zadanie w 100%. Leszek Zdybał, czyli szef, to niesamowity człowiek, który potrafi ukierunkować młodzież (nie mówię o liceum) mówię o ludziach, którzy są po liceum. On spełnia zadanie jeśli chodzi o przygotowanie człowieka do egzaminów wstępnych.A nie do bycia aktorem i szkoły teatralnej. Jest to kawał dobrej roboty przez ludzi,którzy tam są. Przygotować bardzo dobrze, profesjonalnie (o ile ty masz ochotę się przygotować wspólnie z nimi) do egzaminów wstępnych. Jestem z Lartem całym sercem od zawsze. I bardzo polecam wszystkim, którym się nie udaje, którym potrzebna jest pomoc. Jeżeli stać ich finansowo, żeby wyjechać na rok  do Lart studiO, do Krakowa to polecam bardzo. Na pewno dużo z tego wyniosą. Ale też nie jest powiedziane, że się dostaną. Praca przez rok z tymi profesorami bardzo, bardzo mi pomogła. Nauczyła mnie wielu rzeczy, przede wszystkim jednej: stać na scenie.

 



 



Dobra pytaj. „Jak to się stało, że zostałeś aktorem, muzyka czy film? Co jest dla ciebie ważniejsze?"

 

FiT: No tak... Albo nie – czy Lart – który ukończyłeś – takie szkoły są potrzebne?

P.M: Uważam, że Lart spełnia swoje zadanie w 100%. Leszek Zdybał, czyli szef, to niesamowity człowiek, który potrafi ukierunkować młodzież (nie mówię o liceum) mówię o ludziach, którzy są po liceum. On spełnia zadanie jeśli chodzi o przygotowanie człowieka do egzaminów wstępnych. A nie do bycia aktorem i szkoły teatralnej. Jest to kawał dobrej roboty przez ludzi, którzy tam są. Przygotować bardzo dobrze, profesjonalnie (o ile ty masz ochotę się przygotować wspólnie z nimi) do egzaminów wstępnych. Jestem z Lartem całym sercem od zawsze. I bardzo polecam wszystkim, którym się nie udaje, którym potrzebna jest pomoc. Jeżeli stać ich finansowo, żeby wyjechać na rok do Lart studiO, do Krakowa to polecam bardzo. Na pewno dużo z tego wyniosą. Ale też jest nie powiedziane, że się dostaną. Praca przez rok z tymi profesorami bardzo, bardzo mi pomogła. Nauczyła mnie wielu rzeczy, przede wszystkim jednej: stać na scenie.

FiT: Poza Zdybałem ktoś jeszcze był dla Ciebie ważny tam?

P.M.: Marcin Kuźmiński, Paweł Miśkiewicz, Beata Fudalej, która miała ze mną prozę. Poznałem Genę Wydrych, świetną panią pedagog. Chyba już tam nie uczy...

FiT: Jak to? Gena na pewno...

P.M.: Gena uczy? No tak, przecież byłem tam na spotkaniu. Niestety nie mogłem być na XX- -leciu, ale zawsze sobie obiecuję, że jak przyjadę z zespołem, czy teatrem to tam zajrzę.

FiT: Dlaczego typowo nie poszedłeś w stronę muzyki?

P.M.: Dlatego, że nie miałem ludzi wokół siebie, z którymi mógłbym stworzyć taki twardy zespół, który wierzyłby w to, że potrafi coś osiągnąć, a uważałem wtedy, że to był najlepszy czas na to, a to był początek lat 90tych, gdzie muzyka rockowa wiodła prym na polskim rynku. Wtedy zacząłem interesować się bardzo mocno muzyką i tak powoli wiesz, zaczęły kształtować się pewne składy. Wszyscy byliśmy młodzi, próbowałem coś zrobić w tym kierunku, ale to wszystko się rozpływało. Chociaż, jak się zastanawiam po 10 latach istnienia Cochise to dobrze, żeśmy się spotkali tu i teraz. To znaczy te 10 lat temu, a nie 20 lat temu. Być może byśmy teraz już nie istnieli, a z pewnym bagażem doświadczeń, z kręgosłupami dorosłych facetów potrafimy dogadać się już nie tylko jako muzycy, ale jako ludzie. Dlatego pod tym względem jest łatwiej. Wiemy już, że jakby którakolwiek osoba odeszłaby z Cochise, to Cochise by nie było.

FiT: Jaki jest twój stosunek do krytyki?

P.M.: Ja uważam, że nie ma konstruktywnej krytyki. Krytyka jest potrzebna tak jak pochwały, tylko w Polsce nie ma czegoś takiego jak konstruktywna krytyka, tylko trzeba zgnieść. Mnie się zawsze krytyka kojarzyła z rozmową. Dajmy taką, jak my sobie teraz siedzimy i rozmawiamy. Ja też zdaję sobie sprawę, że pewne rzeczy mi nie wyszły, ale to jest wpisane w ten zawód.

FiT: Jak popełnisz błąd nie masz z tym problemu by się przyznać?

P.M.: Nie, no popełniłem błąd bo jestem tylko człowiekiem, który je popełnia. Pracuję w takim, a nie innym zawodzie. Jestem na świeczniku. Najważniejsze w tym zawodzie to trzeba się przyzwyczaić, że zawsze będziesz krytykowany i oceniany. Pozytywnie czy negatywnie, taki zawód uprawiasz. Straszne by to było, gdyby wszyscy cie kochali, a z drugiej strony nienawidzili. Zawsze jest pół na pół. Połowa cie kocha, połowa nienawidzi. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Tak samo jak podejmowanie decyzji w tym zawodzie. Nie jesteś w stanie przewidzieć czy sztuka czy film, w które wchodzisz się będzie podobać. Tobie się to podoba, wchodzisz w to, ale za tobą jest jeszcze 100 innych osób, które to tworzą i efekt znany będzie na końcu. Ale komu się zawsze obrywa? Nam. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

FiT: Zdawałeś do szkoły w Białymstoku?

P.M.: Tak, zdawałem. Nawet przeszedłem chyba do 2 etapu. Dla mnie nie było ważne, czy się dostanę na lalkarski, czy do teatralnej. Nie rozróżniałem tego wtedy. Jakbym się dostał do lalek, to miałem plan, że się przeniosę po 1 roku. Jeżeli miałbym taką możliwość. Interesowała mnie szkoła artystyczna, żebym rozwijał swoją wyobraźnię i wrażliwość.

FiT: Wielu aktorów kończy lalki, a i tak są aktorami dramatycznymi. Myślisz, ze jest jakaś różnica?

P.M.: Wiesz, ciężko mi powiedzieć. Jest wielu takich aktorów. Wielu moich kolegów zrobiło tak jak ja mówiłem – przeniosło się z lalek na dramat. Człowiek jest utalentowany to może mieć nawet dwie specjalizacje, lalkarstwo i dramat. Super, żeby tylko był szczęśliwy.

FiT: „Szalone nożyczki" to niezwykła improwizacja, szalone wyzwanie, gotujecie się na sztuce.

P.M.: A widzisz – to jest założenie spektaklu. Za chwilę idziesz drugi raz, zobaczysz to znowu. To jest założenie spektaklu. To nie jest nasze prywatne gotowanie, wpisane w spektakl.

FiT: A jak się gotujecie po prostu?

P.M.: Tutaj jest to improwizowanie z publicznością, nie wiadomo co się wydarzy. Każdy jest zupełnie inny, bo ten spektakl zależy od publiczności i to jest fenomenalne. Rzadko może się przydarzyć aktorowi spektakl, w którym główna rolę odgrywa publiczność. I on jest na tyle interesujący i gramy „Szalone nożyczki" od 10 lat ponad 600 spektakli, a mi się nigdzie nie znudziło. To jest wielka niewiadoma kiedy otwiera się kurtyna, wiesz? To jest też magia teatru, a ja uwielbiam mieć kontakt z publicznością. W tym może nie mam go aż tyle, ale w innym np. „Berek, upiór w moherze" kocham to robić, bawić publiczność. Żeby zapomnieli na dwie godziny o szarej rzeczywistości i żeby się uchachali na śmierć. Takie mamy zadanie w tym teatrze. Staramy się je spełniać na wysokim poziomie.

FiT: Jesteś człowiekiem z pasją, a nie „robolem" od do?

P.M.: Nie umiem robić takich rzeczy. Jeżeli w coś wchodzę to całym sercem. Nie potrafię oszukać samego siebie i swojej własnej wrażliwości. To by było chyba najgorsze. Nigdy nie robiłem niczego dla pieniędzy. Ja muszę czuć coś. Jeśli przy okazji da się zarobić jakieś pieniądze to super. Ale to musi być w zgodzie ze mną. Staram się wybierać co jest dobre, a co złe. Ale jak powiedziałem wcześniej, podejmować w tym zawodzie decyzje jest bardzo trudno, zawsze poniesiesz konsekwencję. Dlaczego? Bo jesteś na świeczniku. Naprawdę nie warto wchodzić poniżej pewnych artykułów w tak zwanym Internecie (śmiech) itd., ja nie wchodzę od wielu lat...

FiT: Wyprzedzasz moje pytanie...

P.M.: Już ci mówię – moja nieświadomość jest święta. Kocham się kochać ze swoją nieświadomością tego, co się o mnie wypisuje na tak zwanych portalach, czy tam blogach. Z dwóch powodów: nie obrastać w piórka : „uuu jaki jestem zajebisty"

FiT: I się nie załamywać

P.M.: Tak, „nie załamywać". Nie przejmować. Każdy ma prawo do własnej opinii. To się przez ostatnie lata stało, to paranoja. Ja mam nadzieję i wiem, że tak będzie, że Internet za chwilę przestanie istnieć, nie wiem czy wiesz? Już są badania na ten temat. Pokazać Ci Internet? Za rok, za dwa...10, 20 jutro? Paweł pyta mnie czy może z mojego notesu wyrwać kartkę. Za moją zgodą to czyni i wyrzuca na podłogę. Wszystko się stworzy od nowa. Wiesz dlaczego? Bo już nie ma miejsca w sieci.

FiT: No tego jest strasznie dużo...

P.M.: Przestań... wolę posiedzieć sobie i z tobą pogadać.

FiT: Fajnie, że jesteś taki normlany

P.M.: Jestem normalny dla ludzi, którzy mnie znają. Dla ludzi, którzy mnie nie znają mogę być taki na jakiego mam ochotę. Jeżeli mi wejdziesz w życie z butami to cię zapie*** , bo nie znasz mojego życia prywatnego. Ale zdaje sobie sprawę, że jestem aktorem, jestem osobą popularną, jestem osobą publiczną i każdy ma prawo krytykować... czy też chwalić moją pracę. Absolutnie. Idziesz do kina, teatru, oglądasz serial masz do tego prawo.

FiT: A czytasz recenzje?

P.M.: Nie. Zdarza mi się. Każda jest taka sama, to już się stało nudne. (śmiech) Nie ma konstruktywnych recenzji. Znaczy takich normalnych. Ja odnoszę wrażenie, że w recenzji trzeba przypierdolić. Bo to jest ciekawe. Jakie wiadomości się najlepiej sprzedają?

FiT: Złe!

P.M.: Złe. Przyzwyczaiłem się do tego i nie robię sobie z tego problemu, bo uwierz mi, jest więcej problemów na świecie niż Paweł Małaszyński. Dajcie mi święty spokój. Jestem w stanie zapłacić za święty spokój i już to zrobiłem. Bo jestem nieświadomy, ja się dowiaduje od kolegów, czy od osób w sklepie. Eee czytałem o panu dziś w gazecie. W której gazecie? Nie znam tych tytułów. No to zajrzę. Często się śmiejemy, ale biedni ludzie w to wierzą. Trochę mi żal tych ludzi. Ale co z tym zrobisz. Na tym to polega, na tym polega nasz mały szołbiznes, w którym ja egzystuję, ale na swoich własnych prawach. Rozumiesz? To ja wyznaczam sobie powiedzmy ścieżki w tym szołbiznesie, idę ciemnymi uliczkami. Staram się chodzić pochylony niż wyprostowany. Bezpiecznie.

FiT: Ale mówisz, że lubisz mieć kontakt z publicznością. Widziałam dzisiaj jak rozmawiasz przed teatrem chętnie.

P.M.: Bardzo lubię. Zawsze szanuje ludzi. W końcu dzięki nim istnieję. Ludzi nie interesuje jaki mam dzisiaj dzień, a też jestem człowiekiem. Mogę mieć zły dzień, coś się wydarzyć, że nie mam ochoty na kontakt. Ale zawsze staram się podejść z uśmiechem, poświęcić czas na zdjęcia, rozdawanie autografów to jest dla mnie naturalne. W końcu taki zawód wybrałem, a ci ludzie mnie oglądają przychodzą do teatru, na koncerty zespołu. I zawsze staram się znaleźć dla nich czas, nawet kiedy jestem padnięty. Bo wiem, że w pewien sposób należę też do nich, mówiąc w przenośni.

FiT: Grasz w serialach, więc nie masz z tym problemu. A należysz do tych aktorów hipokrytów? Co to się zarzekają, że nie zagrają?

P.M.: Jeżeli dobry serial to czemu nie. Nigdy nie powiedziałem, że nie zagram w serialu itd. To wszystko musiało być zgodne ze mną. Multum seriali amerykańskich oglądam i sobie myślę: Boże jakbym chciał, żeby taki serial był w Polsce. Dlaczego miałbym nie zagrać w serialu, co jest w tym złego? Oczywiście odżegnuje się i mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie żebym musiał wystąpić w serialu który ma 3,5 tysiąca odcinków tak zwana telenowela, czy opera mydlana. Ale takie sezonowe jak „Oficer", „Lekarze", „Twarzą w twarz" „Tajemnica Twierdzy Szyfrów" ... nigdy nie mówiłem, że nie zagram. W reklamie zagram jeśli będzie spójna ze mną, była taka. Zdecydowałem się na Lexusa. Tu się czuję pewnie, dobrze. Wiem, że nigdy nie poprowadzę żadnej imprezy, bo się do tego nie nadaję. Nie umiem tego robić. Może gdzieś jakąś aukcję dla kolegi. Ale to ciężka robota i podziwiam kolegów, którzy potrafią to robić i robią to świetnie. Uważam, że takim konferansjerem jest Maciej Stuhr – wybitny, którego kupuję. Kocham Maćka, w kabarecie, zapowiadacza w Sopocie, na Wiktorach, Orłach, wiesz... uwielbiam go! Nie dość, że jest świetnym aktorem, to jeszcze super robi takie rzeczy estradowe. Ja nie umiem i się nie pcham do tego. Zdarzyło mi się zrobić kabaret z Czarkiem Pazurą, tylko ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń i zrobiłem to dla niego. Wszedłem w pewne towarzystwo i czuje się dziwnie, ale to było doświadczenie poznać ludzi, których podziwiałem od wielu lat: Kabaret Ani Mru Mru, Piotra Bałtroczyka, Jurka Kryszaka, Kabaret Moralnego Niepokoju, z którymi się zaprzyjaźniłem i spędziliśmy wspaniały rok. Czego absolutnie nie żałuję. A czy zrobiłem to dobrze, czy źle to nie mnie to oceniać. To był jednorazowy strzał dla Czarka.

FiT: Zjechali „Sępa", ja oglądałam i ...

P.M.: Tak zjechali? Ja jeszcze nie oglądałem...

FiT: Fajna robota?

P.M.: (śmiech) Bycie aktorem? Każda robota jest fajna, czy to jest „Sęp", „Lekarze" lub „Misja Afganistan" robota jest zawsze przyjemna i ciężka. Bycie aktorem to jest cholernie ciężka robota. Wszystkim się wydaje, że jest łatwo, przyjemnie palniesz parę zdań i kupujesz sobie trzy domy. To jest bzdura. To bardzo bardzo ciężka praca. Harówa przez 12 godzin dziennie! Jak nie więcej. Nie jestem w stanie siebie ocenić, bo na siebie patrzę z perspektywy totalnego krytycyzmu i wszystko co robię, robię źle. Ale nie jestem godną osobą, żeby oceniać siebie, od tego właśnie są ci ludzie. Mają prawo. Tylko gorzej jeśli wchodzą w życie prywatne, na szczęście nie mam aż takich wielkich przypałów. A z 2 strony nie będę spędzał pól życia w sądach. Takie gówno, które napiszą żyje jeden dzień. Po co mi podnosić to gówno, ręce potem będą śmierdziały. Jak się zacznie tłumaczyć, to jeszcze ku***ciężej.

FiT: Masz dużo roboty! Masz czas dla siebie?

P.M.: Kalendarz mam zapełniony, ale wiem, kiedy odpuścić i zrobić sobie przerwę. Ja znajduję sobie czas dla syna i rodziny i teatru Kwadrat. Od czasu do czasu pokazać się w filmie, telewizji i dla zespołu... cały czas.

FiT: Zobaczymy cię jakoś w kinie?

P.M.: Nie. Na razie zostaje 3 seria „Lekarzy", na pewno nieduża rola u Pasikowskiego, na jesień nowa płyta zespołu Cochise, i najprawdopodobniej na jesieni nowy spektakl w Teatrze Kwadrat. Także wiesz, spokojnie. Najważniejsze, że jeszcze oddycham... Jeszcze w zielone gram...

 

 

lekarze-serial.blogspot.com

Lily Luna





 

Paweł na scenie Lartu!

 

 

 

 

Paweł Małaszyński / Lart*1998: Za to jestem wdzięczny Lartowi, profesorom, z którymi miałem zajęcia

 

Paweł Małaszyński / Lart*1998: Lart był mi potrzebny, żebym mógł przygotować się do egzaminów

 

Paweł Małaszyński / Lart*1998: W Larcie przygotowywałem się do egzaminów