News

Lart studiO Live Search





 



W Larcie okazało się, że to wszystko nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Miałem szczęście do dobrych wykładowców, wśród których byli Beata Fudalej, Leszek Zdybał, Gena Wydrych. Przez 5 miesięcy siedziałem biernie i obserwowałem, czym to całe aktorstwo się je, bo już na starcie dotarło do mnie, że przede mną długa i nie tak łatwa jak sądziłem droga. Trochę mnie to zblokowało, ale - z drugiej strony - uświadomiło, że czas wziąć się do roboty. I tak postanowiłem rozwikłać zagadkę, dlaczego pewne rzeczy na scenie się sprzedają, a inne nie. Dopiero po paru miesiącach miałem odwagę wyjść na scenę, po przemyśleniach, bardziej świadomie. Owe pół roku podglądania czynnych aktorów i podpatrywania błędów kolegów oraz uczestniczenia w życiu towarzyskim naprawdę miało sens.

 



 



Choć to nie o epizodach marzą aktorzy, te bywają cenną nauką, a nawet furtką do kariery. Dobrze, gdy z każdego doświadczenia zawodowego czerpie się satysfakcję, a z każdej roli stara się zrobić majstersztyk. Nigdy nie wiadomo, kto i kiedy w roli drugoplanowej dostrzeże potencjał aktora i przedstawi propozycję nie do odrzucenia. W oczekiwaniu na rolę życia dobrze jest ufać intuicji i robić swoje z pomocą talentu, a nie łokci.

 

Cofnijmy się na chwilę o kilkanaście lat do czasu, gdy po szkole średniej stanął pan przed pytaniem: "Co dalej?". Co skłoniło absolwenta technikum hotelarskiego, by ruszyć z Wałbrzycha do Warszawy i złożyć papiery do Akademii Teatralnej?

- W Wałbrzychu, mieście robotniczo-górniczym, nie było perspektyw dla kogoś, kto nie widzi się w zawodzie górnika albo mechanika. Już wybór tego technikum - ściśle ukierunkowanego - był z mojej strony sygnałem, że chcę od życia czegoś innego. Dlatego po podstawówce poszedłem do technikum ekonomicznego na nowy kierunek hotelarski, który dopiero powstawał i w moich oczach oferował inne możliwości niż szara wałbrzyska rzeczywistość. Proponował coś, czego nie dawała żadna inna szkoła w mieście - wyjazdowe praktyki w całej Polsce, naukę trzech języków, zajęcia na basenie i na kortach itd. Wszystko to wydawało mi się tak abstrakcyjne, kolorowe i świeże, że wybrałem tę szkołę, mimo że w ogóle nie planowałem zostać hotelarzem, chciałem jedynie uczestniczyć w czymś ciekawym.

Szkoła miała być odskocznią od codzienności?

- Tak, do tej szkoły chodziła wówczas bardzo kolorowa młodzież, a hotelarstwo było na tamte czasy dość elitarnym kierunkiem edukacji. Liceum nigdy mnie nie kręciło właśnie ze względu na ogólne podejście do kształcenia. Zawsze wolałem konkrety. Późniejszy wybór szkoły aktorskiej też był podyktowany chęcią przeżycia przygody i zmierzenia się z czymś, co wydawało mi się nieosiągalnym marzeniem nastolatka. Nigdy nie miałem predyspozycji do typowo męskich zawodów, a tacy fachowcy byli potrzebni w Wałbrzychu. Pomyślałem, że aktorstwo jest tak niewymierne, że a nuż się uda. Patrząc na to, co się dzieje na scenie czy na ekranie, wydawało się, że to nic wielkiego.

No i się udało.

- Nie tak od razu, bo za pierwszym razem złożyłem papiery tylko do Wrocławia i pojechałem na egzamin, ale nie zadałem sobie już trudu, żeby się do niego przygotować. Wydawało mi się, że wystarczy chcieć i się zgłosić, więc wielkie było moje zdziwienie, gdy zapytano mnie, jakie teksty przygotowałem. Próbowałem wygrzebać coś w pamięci, ale po moich nieudolnych próbach spojrzeli na mnie z politowaniem i pożegnali. Po tym podejściu postanowiłem solidnie się przygotować w krakowskim Lart studiO, które dawało podstawy do egzaminów do szkół aktorskich. Wyjechałem do Anglii, żeby zarobić na kurs, zapisałem się i po roku złożyłem papiery do wszystkich szkół aktorskich, bo przez ten rok w Lart studiO utwierdziłem się, że w aktorstwie czuję się dobrze, odpowiada mi wolność wpisana w ten zawód i właśnie to chcę robić. Tym razem wszędzie się dostałem.

Ale wygrała Warszawa.Ze względu na najlepsze perspektywy?

- Również. Powodów było kilka. To z warszawskiej akademii dostałem pierwsze pozytywne wyniki. Poza tym dzięki Lart Studio poznałem trochę Kraków i tamtejsze środowisko, więc potrzebowałem zmiany. Wiedziałem też, że w Warszawie przyjmują więcej studentów, z których znaczna część poddawana jest po pierwszym roku selekcji, a ja - człowiek z natury leniwy - potrzebuję nad sobą bata, który mnie motywuje. Znając swój charakter i łatwość nawiązywania kontaktów, wiedziałem, że jak zostanę w Krakowie, gdzie przyjmują na rok 19 osób i 19 osób kończy studia, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Wreszcie, mając już indeks w Warszawie, nie chciałem podchodzić do kolejnych etapów egzaminu w innych szkołach, bo tym samym blokowałem miejsca tym, którzy nie byli w tak komfortowej sytuacji jak ja i nie mieli wyboru, tylko walczyli o przyjęcie na konkretną uczelnię.

Czy to luźne podejście do kariery aktorskiej z czasem się zmieniło?

- Zmieniło się już w Larcie, bo okazało się, że to wszystko nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Miałem szczęście do dobrych wykładowców, wśród których byli Beata Fudalej, Leszek Zdybał, Gena Wydrych. Przez 5 miesięcy siedziałem biernie i obserwowałem, czym to całe aktorstwo się je, bo już na starcie dotarło do mnie, że przede mną długa i nie tak łatwa jak sądziłem droga. Trochę mnie to zblokowało, ale - z drugiej strony - uświadomiło, że czas wziąć się do roboty. I tak postanowiłem rozwikłać zagadkę, dlaczego pewne rzeczy na scenie się sprzedają, a inne nie. Dopiero po paru miesiącach miałem odwagę wyjść na scenę, po przemyśleniach, bardziej świadomie. Owe pół roku podglądania czynnych aktorów i podpatrywania błędów kolegów oraz uczestniczenia w życiu towarzyskim naprawdę miało sens.

Jaki był główny wniosek z tego okresu przyczajenia i rozgryzania sekretu dobrego aktorstwa?

- W studiu doszło do mnie, że aktorstwo jest dziedziną twórczą, sztuką kompozycji. Z obecnym doświadczeniem nieco łatwiej byłoby mi coś zaimprowizować, zagrać a vista, ale zasadniczo w rolę nie wchodzi się z marszu. Szczególnie widać to w tekstach dramaturgicznych, gdzie umiejętność poprowadzenia myśli przewodniej jest istotniejsza niż w scenariuszu serialowym. Wszystko sprowadza się do tego, żeby na scenie myśleć. Opanowanie tekstu na pamięć i odklepanie go nie ma nic wspólnego z aktorstwem, i to sprawia młodym ludziom, nauczonym w szkole pamięciówki, najwięcej trudności. Jeżeli aktor na scenie myśli, to widz myśli razem z nim. Jak powiedział pewien mistrz, w teatrze było już wszystko oprócz nas.Dlatego efekt zależy od nadania roli indywidualnego piętna.

Z perspektywy lat uważa pan, że aktorstwo było dobrym wyborem? Co jest najbardziej pociągające w tym zawodzie?

- Nie mam punktu odniesienia, bo nie miałem okazji sprawdzić się w czymś innym, ale dobrze się czuję w tym zawodzie. Jeżeli spojrzę na swój dorobek 12 lat, skłamałbym, mówiąc, że źle wybrałem. Oczywiście na początku drogi zawodowej ma się wielkie oczekiwania i nadzieje, które życie potem weryfikuje. Kończąc szkolę aktorską, każdy myśli, że Brando to przy nim nikt, a De Niro to dziadek, którego najwyższy czas zastąpić. Każdy wierzy, że zawojuje świat. Wejście na rynek pokazuje, że to nie takie proste. Z czasem człowiek uczy się pokory, która bardzo się przydaje.

Padły wielkie nazwiska światowego kina. Czy pan przed rozpoczęciem kariery aktorskiej miał swoje wzorce i inspiracje?

- Nie potrafię wskazać konkretnych osobowości kina, które najsilniej na mnie wpłynęły, ale w każdej na pewno jest coś inspirującego. To może być rola, cytat albo podejście do zawodu. Nie umiałbym np. przygotowywać się do roli miesiącami, jak De Niro, żeby dogłębnie wejść w postać i przejść metamorfozę. Ja robię wszystko intuicyjnie. Poza tym inspiracją są nie tylko wielcy kinematografii. Bywa, że czerpie się od swoich rówieśników, i to wcale nie od tych świetnych, ani nawet nie od dobrych, a wręcz przeciwnie - od słabych, bo jeżeli widzi się cudze błędy, to wie się, czego unikać, bo nie tędy droga. Słaby spektakl dużo lepiej pobudza moją wyobraźnię, bo zmusza mnie do myślenia, jak można to samo zrobić lepiej.

Jak wypada zestawienie plan kontra scena? Lepiej czuje się pan przed kamerą czy na deskach, grając na żywo?

- To akurat nie ma dla mnie znaczenia. Od początku zawodowej drogi miałem możliwość sprawdzenia się i tu, i tu. Oczywiście gra w teatrze i w filmie wymaga innych środków, inna jest też satysfakcja z pracy o tak różnym charakterze. W teatrze aktor ma większą władzę nad tym, co chce przekazać widzowi. Kiedy już wejdzie na scenę, reżyser nie ma nic do powiedzenia, może tylko gryźć za kulisami paznokcie i mieć nadzieję, że aktor zagra tak, jak ustalili. To z kolei wiąże się z większą odpowiedzialnością.

Taka władza jest pociągająca?

- Nie tyle sama władza, ile możliwość przeprowadzenia myśli i zaprezentowania postaci w taki sposób, w jaki ją widzisz. Jeżeli uda się przekonać reżysera do własnej wizji, to super, ale sukces nie zawsze jest kwestią perswazji. Bywa, że reżyser nie za bardzo ma pomysł i sprecyzowaną wizję - wtedy aktorzy przejmują pałeczkę, a to niekoniecznie dobrze wróży spektaklowi. Z kolei przed kamerą wolność aktora jest mocno ograniczona - możesz zagrać genialnie, a i tak ostateczny głos należy do reżysera. Wielokrotnie bywało, że sceny, które w moim odczuciu były kluczowe dla odcinka czy sekwencji filmowej, w ogóle nie wchodziły. Na próżno mogę się wściekać, że odrzucili prawdziwą perełkę, bo miałem w głowie konkretny zamysł, jak coś pokazać, a efekt przeszedł niezauważony, ale teraz już wiem, że nie warto, bo film jest w gruncie rzeczy sztuką montażu i decyzji producencko-reżyserskich. W teatrze nikt aktora nie wytnie, a w filmie każdą rolę można dowolnie pomniejszyć, albo całkowicie zrezygnować z postaci. Dlatego mimo że odbiór w kinie czy przed telewizorem jest niewspółmiernie większy niż na widowni, to praca w teatrze daje więcej możliwości i więcej frajdy z efektu.

Każdy aktor marzy o głównej roli. Czy postacie drugoplanowe i epizody dają szansę, żeby pokazać talent?

- Oczywiście. Nie bez kozery przyznaje się nagrody za role drugoplanowe. Mało tego, te zwykle są lepiej napisane, bardziej wyraziste. Rola pierwszoplanowa zwykle ma być tylko przewodnikiem po historii, ale to postacie drugoplanowe przykuwają uwagę widza. Dla aktora są atrakcyjniejsze, bo stanowią wyzwanie pokazania w krótszym czasie więcej niż można wydobyć z głównego bohatera. W drugoplanowej roli trudniej jest zakamuflować słabości i oszukać widza. Epizody też mogą być ciekawym zadaniem, ale nie oszukujmy się, nie o epizodach aktorzy marzą.

Czy główna rola w "Linczu" była dla pana przełomem i rozbudziła nadzieje, że po tym filmie posypią się wymarzone propozycje?

- Za każdym razem, gdy przyjmuję rolę, pojawia się myśl, że może tym razem coś drgnie, może to ten moment. Nie jestem spełnionym aktorem. Każda rola - nawet ta, która wzbudza wątpliwości, czy bardziej mi pomoże, czy zaszkodzi - daje nadzieję, że po niej posypią się propozycje i szerokim strumieniem zaczną napływać scenariusze, wśród których to ja będę mógł przebierać i wybierać te najlepsze. Niestety nie jestem na takim etapie. Udział w "Linczu" był o tyle zaskakujący, że scenarzysta i reżyser filmu, Krzysztof Łukaszewicz, wypatrzył mnie w odcinku "Na Wspólnej" i - kompletnie mnie nie znając - obdarzył mnie niebotycznym zaufaniem i napisał główną rolę pod moim kątem, bo mu pasowałem do bohatera.

Najlepszy dowód, że udział w serialu może zaprocentować?

- Wszystko ma znaczenie. Możemy traktować robotę w telenowelach po macoszemu i uznawać granie w serialu za chałturę, ale nigdy nie wiadomo, kto i kiedy włączy telewizor i zwróci uwagę na twoją osobę. Gdyby nie "Na Wspólnej", nie zagrałbym w "Linczu".

Z moich analiz i doświadczeń wynika, że wszystko, co robi aktor, stanowi sieć naczyń połączonych. "Lincz" był doceniony i nagrodzony, pan również otrzymał nagrodę i nominację do Złotej Kaczki. Czy po udziale w tym filmie telefon rozdzwonił się nie tyko z gratulacjami, lecz także z propozycjami?

- Właśnie nie. Telefon się nie rozdzwonił, a mnie nie zasypano zaproszeniami na plan ani nawet castingi. Oczywiście można się wpraszać i wchodzić oknem tam, gdzie wyrzucają cię drzwiami, ale to nie leży w mojej naturze. Nie mam takiego temperamentu i tupetu, żeby łokciami walczyć o swoje. Nie jestem anonimowy, mam swój dorobek i wychodzę z założenia, że jeśli ktoś dostrzeże we mnie potencjał, to sam zaprosi mnie do współpracy. Obracam się w małym środowisku, gdzie większość twórców się zna i reżyserzy wiedzą, że jest ktoś taki jak Leszek Lichota. Jeżeli nie proponują mi roli, to widać nie widzą mnie w swoich projektach, a ja nie potrafię pchać się na siłę.

Wielokrotnie podkreśla pan w wywiadach, że aktorstwo nie ma w sobie nic z misji, a aktor to nie ksiądz tylko człowiek do wynajęcia. Jakie granice pan sobie stawia, decydując, do czego jest pan gotowy się nająć?

- Tu decydujące są dwie sprawy. Po pierwsze: kto i z kim robi dany projekt. Drugie kryterium, może nawet ważniejsze niż ekipa, to scenariusz. Jeżeli oba te elementy mają u mnie plusik, to znak, że warto zaangażować się w dany projekt. Czasami tekst jest niezły, ale ludzie, którzy się za niego zabierają, nie do końca mi odpowiadają. Innym razem to ekipa jest świetna, a tekst słaby - wtedy pojawia się pytanie, czy warto w to wchodzić dla spotkania towarzyskiego. Te dwa elementy muszą ze sobą współgrać.

Dotychczasowe wybory były trafione?

- Nie wszystkie, i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Ważne, żeby szala tych trafionych była odpowiednio przechylona, żeby dobre role przeważały. Jednak polegam na intuicji, a ta czasem dobrze podpowiada. W kilku projektach nie wziąłem udziału i dzięki temu mam mniejsze obciążenie po stronie nietrafionych wyborów. Negatywne decyzje miewają pozytywne konsekwencje. Na początku kariery trzeba grać jak najwięcej, w nadziei, że te spotkania z czasem zaowocują, a wtedy i słabych projektów się nie odrzuca. Zresztą je też robią ludzie z ambicjami, którzy nie zawsze mają możliwość pokazania tego, co naprawdę potrafią.

Po przyjęciu roli, na planie albo na scenie, intuicja też jest dobrym tropem?

- W moim przypadku intuicja gra pierwsze skrzypce, chociaż niekiedy bywa zawodna. Inaczej więcej rzeczy by się udało albo pewnych rzeczy łatwiej byłoby uniknąć. Jednak często się zdarza, że długo nie mam pomysłu, jak zagrać jakąś postać, aż nagle, po miesiącach pracy nad materiałem przychodzi olśnienie i diametralna zmiana w spojrzeniu na kreowanego bohatera. To piękne chwile, kiedy zupełnie niespodziewanie, w jednej chwili znajduje się klucz, jak wskoczyć z rolą na właściwy tor. Pierwszy raz miałem tak na III roku, kiedy robiliśmy "Wesele" pod kierunkiem Mai Komorowskiej, która nie pamiętała imion studentów i ciągle powtarzała mi: "Staszku, Staszku, pamiętaj - nogi nie mogą być obok aktorstwa". Bądź tu mądry i zgadnij, o co może chodzić. Pewnego razu, już całkiem blisko egzaminu, szedłem mostem Śląsko-Dąbrowskim, aż tu nagle wpadłem, jak rozprawić się z rolą. Poczułem motyle w brzuchu i nie mogłem się doczekać kolejnej próby, kiedy sprawdzę swój pomysł w praktyce. Czułem, jakby wstąpił we mnie nowy człowiek, a Maja Komorowska stwierdziła tylko: "Nie wiem, Staszku, jak to zrobiłeś, ale to jest to".

Są role, które szczególnie zapadły panu w pamięć i najwięcej wniosły do pana dorobku?

- Jest wiele zawodowych doświadczeń, które wniosły coś do mojego życia, niekoniecznie jedna rola, warta wytatuowania, bo ta była przełomowa i tę zapamiętam do końca życia. Dla spotkania z Mają Komorowską i tego jednego momentu na moście warto było przezimować 3 lata w szkole teatralnej i pół roku męczyć się z Wyspiańskim. Po tym doświadczeniu myślałem, że już zawsze tak będzie, że jakiś czas nie będzie wychodzić, aż nagle, chwilę przed premierą mnie olśni. I tu spotkało mnie duże rozczarowanie. Natomiast jeżeli aktor jest uczciwy i nie chce grać sztampowo, to z każdej roli coś wyniesie. Nawet te nie do końca udane role czegoś uczą. Ważne, żeby każde nowe wyzwanie traktować indywidualnie, świeżo. Ważniejsza niż warsztat jest suma doświadczeń, które zostają w pamięci, w głowie, w mięśniach, ale i tak na pierwszych próbach do każdego nowego projektu mam wrażenie, że nic nie wiem, i zaczynam budować postać od zera.

Gatunkowo repertuar wpływa na pana samopoczucie na scenie?

- Przede wszystkim rola musi być dobrze napisana. Jeśli ta komediowa taka nie jest, to dla aktora jest to męka, a w przypadku dramatycznej - podwójna męka. Akurat tak się złożyło, że im dalej w las, tym miałem mniej styczności z komediami. Zaczynałem pracę z pełnym przekonaniem, że będę charakterystycznym aktorem komediowym, i na początku tak mnie obsadzano, wydaje mi się, że z nie najgorszym efektem. Z czasem dostawałem coraz więcej propozycji z poważniejszego repertuaru. Dawno nikt nie zobaczył we mnie talentu komediowego, dlatego sam postanowiłem wyprodukować spektakl "Dobry wieczór kawalerski", który z powodzeniem gramy w całej Polsce.

Czego nauczyło pana doświadczenie producenta?

- Zadanie producenckie wymaga przede wszystkim umiejętności wypracowywania kompromisów. Było to o tyle utrudnione, że wszyscy aktorzy zaangażowani do spektaklu byli naszymi dobrymi znajomymi. Będąc kolegą, niełatwo jest stać się nagle producentem, który wymaga i pewne rzeczy musi narzucić. Najwięcej energii wkładałem w to, żeby podczas prób aktorzy dobrze się czuli, bo wtedy zrobią fajną rzecz, którą będą chcieli grać. To przekłada się na zadowolenie całego zespołu - aktorów i producenta. Jednak żeby do tego dojść, trzeba umiejętnie poskromić 10 osobowości, które mają własny pomysł na sztukę, tak żeby nikt nie przejął pałeczki i nie zaczął dominować nad innymi. Było to cenne doświadczenie, które chciałbym jeszcze powtórzyć, zwłaszcza że lubię próbować nowych rzeczy i od niedawna wchodzę w zupełnie obce mi rejony niezwiązane z aktorstwem. Np. otworzyłem burgerownię, którą musiałem zamknąć, bo pochłaniała zbyt dużo czasu, który w pierwszej kolejności wolę przeznaczać na pracę zawodową i prowadzenie klubu Wkręt. Na razie nie mam czasu na inne mikrobiznesy. Po przygodzie z różnymi projektami, jakich podjąłem się w ciągu ostatnich 3 lat, myślę, że dobrze byłoby wrócić do tego, na czym się choć trochę znam. Prowadzenia klubu cały czas się uczę, natomiast w produkcji teatralnej czuję, że naprawdę mam coś do powiedzenia.

Pomysł na własny klub zrodził się z chęci finansowego zabezpieczenia przyszłości czy raczej potrzeby oderwania się od pracy zawodowej?

- Głównie z potrzeby oderwania się od planu. Liczyłem, że będzie to również zabezpieczenie finansowe, ale dziś wiem, że to ciężki kawałek chleba. Przynajmniej w takim kształcie, w jakim chcę zaproponować gościom, klub nie przynosi dochodów, mało tego - dobrze, jeśli się nie dokłada do interesu. Zależy mi, żeby ludzie dobrze się u mnie czuli, więc nie mogę oszczędzać na byle czym dla zysku 5 zł. Na szczęście mogę sobie pozwolić, żeby czasem dołożyć i mieć tę satysfakcję, że wydarzenia, które organizuję - takie, w których sam chciałbym uczestniczyć - przyciągają publiczność. Miejsce, w którym stworzyłem klub, ściśle wiąże się z teatrem. Zanim powstał Wkręt, był tu pustostan, w którym spotykaliśmy się na próby do "Dobrego wieczoru kawalerskiego". Tak się oswoiłem i zżyłem z tą przestrzenią, że postanowiłem wyremontować ją z myślą o kolejnych spektaklach, a żeby miejsce na siebie zarabiało, najpierw powstała mała kawiarnia, potem wstawiłem parę stołów do bilarda, bo sam jestem zapalonym graczem w snookera. Z czasem okazało się, że to miejsce ma znacznie większy potencjał i szkoda marnować taką przestrzeń, żeby tylko serwować kawę i udostępniać stół do gry. W końcu doszło do tego, że ani razu nie przeprowadziliśmy tu żadnej próby, za to od 2 lat fajnie rozwija się klub ze sceną teatralną i ciekawymi propozycjami kulturalnymi: występami kabaretowymi, stand upem, teatrem improwizacyjnym, a w weekendy imprezami i koncertami zespołów, które zapraszam, kierując się własnym gustem, a także podpowiedziami zaufanych osób, które znają rynek muzyczny lepiej ode mnie. Grał już m.in. Arek Jakubik ze swoim zespołem Dr Misio, kultowy No Limits z Trójmiasta, Mięśnie z charyzmatyczną Natalią Sikorą, co dwa tygodnie występuje teatr improwizacji Ab Ovo, raz w miesiąc prezentując show Ab Ovo VIPOVO, gdzie na jeden wieczór do stałego składu grupy dołączają znane osoby. Wystąpili już Artur Andrus, Joanna Kołaczkowska z kabaretu Hrabi i Rafał Królikowski. Ze swej strony dbam o eklektyzm klubu, żeby był on przestrzenią otwartą na różne stylistyki, a nie miejscem sprofilowanym. Nie bez znaczenia jest fakt, że klub mieści się na terenie Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, co sprzyja działalności artystycznej. Wprawdzie nie leży on na głównym szlaku klubowym w Warszawie i trzeba chcieć do nas dotrzeć, ale ze względu na bardzo zróżnicowane propozycje organizowanych wydarzeń mamy coraz więcej stałych bywalców.

Jesienią widzowie zobaczą pana w jednej z głównych ról w serialu HBO "Wataha". Praca nad tą rolą była miłą odmianą od TVN-owskiego "Prawa Agaty"?

- To zupełnie nowe wyzwanie i ciekawe doświadczenie. W serialu gram kapitana straży granicznej, a więc wizerunkowo to duża zmiana po 3 latach glamourowego wcielenia w serialu "Prawo Agaty", w którym gram mecenasa. Pracowaliśmy przez 3 miesiące z fajną ekipą, zaszyci w Bieszczadach. Fajnie było wreszcie wyskoczyć z garnituru w błoto i grać w trudnym górskim terenie. To pierwsza od początku do końca polska produkcja HBO. Zdjęcia wyszły świetne. Teraz zespół odpowiedzialny za montaż pracuje na tym, aby opowiedzieć widzom jak najbardziej wciągającą historię. Niecierpliwie czekam na ostateczny efekt. Zapowiada się męskie kino.

Czy wcześniej pojawią się jakieś nowości z pana udziałem?

- W kwietniu wchodzi do kin komedia "Kochanie, chyba cię zabiłem". Gram tam niewielką rolę, a udział w filmie traktowałem raczej w kategoriach cennego spotkania zawodowo-towarzyskiego. Po raz pierwszy zetknąłem się na planie z Izą Kuną, a także bożyszczem z czasów mojego dzieciństwa - Zbyszkiem Zamachowskim, stąd praca przy tej produkcji była swego rodzaju podróżą sentymentalną.

 

Małgorzata Szerfer

Magazyn VIP Nr 2 (41)

kwiecień / czerwiec 2014

 

 

 

 


Leszek na scenie Lartu!

 

 

 

Leszek Lichota / Lart*1998: Aktor bez wdzięku nie istnieje

 

Leszek Lichota /Lart*1998: Gdyby nie Lart, nie przyjęliby mnie do żadnej szkoły

 

 

LART- ORBITA MARZYCIELI

Absolwentami Lartu są m.in.: Paweł Małaszyński, Anna Cieślak , Dawid Ogrodnik, Urszula Grabowska, Olga Frycz, Leszek Lichota, Wojciech Urbański, Magdalena Waligórska, Grzegorz Halama, Małgorzata Buczkowska, Bartłomiej Świderski, Magda Boczarska, Monika Jarosińska, Bartosz Gelner, Marta Nieradkiewicz, Janusz Kruciński, Magda Turczeniewicz, Karol Pocheć, Agata Wątróbska, Andrzej Młynarczyk, Marta Chodorowska, Krzysztof Minkowski, Marcin Czarnik, Grzegorz Mielczarek, Grzegorz Wojdon ...802 ZDOBYTE INDEKSY SZKÓŁ TEATRALNYCH!

Urszula Grabowska / Lart*1996:

Nikt nie dal mi z siebie tyle, ile dostałam od prowadzących w Larcie. Polecam Lart wszystkim..

Hits: 1632

Bartosz Gelner / Lart*2008

Lart to bardzo energetyczne miejsce. To był dla mnie mega przełomowy, inaczej lepiący mnie czas.

Hits: 1740

Anna Cieślak / Lart*2000:

Przeszłam tutaj ogromną szkołę, chyba najtrudniejszą w życiu. Ja się tu naprawdę obudziłam i zaczęłam pracować.

Hits: 1920

Paweł Małaszyński / Lart*1998:

Przyjechałem tutaj i zakochałem się w tym miejscu, zakochałem się w tych profesorach i naprawdę ci ludzie, tu, nauczyli mnie stać na scenie.

Hits: 1713

Marta Nieradkiewicz / Lart*2003:

Lart to był bardzo trudny rok dla mnie jako dziewczyny, która chciała zostać aktorką. Byłam poddana ostrej krytyce. Nie było litości.

Hits: 1771

Leszek Lichota /Lart*1998:

Gdyby nie Lart to z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że na pewno by mnie nie przyjęli do żadnej szkoły. Lart dał mi dużo więcej niż 4 lata studiów.

Hits: 1738

Magda Turczeniewicz /Lart*2002:

Lart to jest takie wspaniałe miejsce, które może Wam pomóc dostać się do siebie, do swojej autentyczności.Rok w Larcie to czas odkrywania i wyzwalania.

Hits: 1651

Janusz Kruciński / Lart*1995:

Lart to jest ten rodzaj harówki, gdzie ludzie zaczynają pokonywać największe swoje słabości, zaczynają się między nimi zupełnie inne relacje.

Hits: 1561

Olga Frycz / Lart*2006:

Przyszłam do Lartu, przeszłam tutaj swoje, oczywiście... Uczyłam się przez rok. Naprawdę ciężko pracowałam.

Hits: 1772