Po zdaniu matury nie miałam na siebie pomysłu. Zdecydowałem się na aktorstwo, bo miło wspominałem przygodę z kabaretem Artura I., w którym przez chwilę występowałem, gdy byłem w liceum. Najpierw poszedłem do Lart studiO w Krakowie, a po roku zdawałem do PWST w Krakowie. Dostałem się za drugim razem.

 



 



Niewiele brakowało, by Krzysztof Dziób - obok Adama Małysza - reprezentował polskie narciarstwo na arenach międzynarodowych! Zrezygnował jednak z uprawiania sportu i wybrał aktorstwo. Gdy chciał je rzucić, pojawiła się propozycja z „Detektywów", na planie których poznał swoją żonę Anis. Latem wzięli ślub po góralsku.

 

- Czy to prawda, że jedną z twoich pasji są sztuki walki?

- Taka informacja pojawiła się w prasie, ale nie jest zgodna z prawdą. Jeśli chodzi o sztuki walki, interesuje mnie tylko narciarstwo alpejskie (śmiech). Fascynacją do tego sportu zaraziła mnie mama. Gdy byłem mały, jeździłem wyczynowo. Najpierw trenowałem w mojej rodzinnej Rabce, a potem przeniosłem się do Zakopanego, gdzie zostałem zawodnikiem AZS-u. Teraz jeżdżę tylko dla przyjemności.

- Masz na swoim koncie jakieś sukcesy?

- Startowałem w kategorii młodzików. Dostałem jakieś puchary, byłem trzeci w mistrzostwach Polski. Kilka razy pojechałem także na zawody za granicę, ale nie wywalczyłam tam zbyt wiele.

- Dlaczego zrezygnowałeś z uprawiania sportu?

- W pewnym momencie musiałem podjąć decyzję, czy postawić na naukę, czy na sport. Gdy zauważyłem, że odstaję od moich rówieśników pod względem wykształcenia, zrezygnowałem z treningów. Wróciłem do Rabki, ukończyłem liceum i poszedłem na studia.

- Jakie?

- Po zdaniu matury nie miałam na siebie pomysłu. Zdecydowałem się na aktorstwo, bo miło wspominałem przygodę z kabaretem Artura I., w którym przez chwilę występowałem, gdy byłem w liceum. Najpierw poszedłem do Lart studiO w Krakowie, a po roku zdawałem do PWST w Krakowie. Dostałem się za drugim razem.

- Co robiłeś po ukończeniu szkoły?

- Pracowałem w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Dyrektorem był tam wtedy Paweł Miśkiewicz. Gdy odszedł, dużo się zmieniło. Zaczęła dominować komedia i farsa, a to już mi nie odpowiadało. Zrezygnowałem z pracy i chciałem rzucić aktorstwo. W tym czasie mój ojciec zrealizował marzenie życia i kupił jacht oceaniczny. Przeniosłem się na morze Śródziemne, gdzie spędziłem cztery miesiące.

- Jak duży jest ten jacht?

- Ma 16 metrów długości. To 20-letnia łódka sportowa, która została zrobiona w prywatnej włoskiej stoczni. Żeglarz, który opłynął na niej cały świat, zginął w wypadku samochodowym. Jego rodzina sprzedała łajbę milionerowi, ale on na niej nie pływał. Wtedy do akcji wkroczył mój tata i ją odkupił.

- Pamiętasz moment, w którym dostałeś propozycję udziału w „Detektywach"?

- Wydaje mi się, że płynąłem wtedy jachtem u wybrzeży Chorwacji. To świetnie miejsce, by usłyszeć dobrą wiadomość (śmiech).

- Traktujesz „Detektywów" jako trampolinę do kariery aktorskiej?

- Nie myślę o tym, co będzie. Nie zdziwiłbym się, gdybym za jakiś czas zagrał w filmie albo w ogóle nie stanął już przed kamerą. Mam do tego dystans, nie napinam się. Udział w „Detektywach" traktuję jako przygodę. Okres twórczy przeżyłem we Wrocławiu.

- Czy praca na planie „Detektywów" jest wyzwaniem dla zawodowego aktora?

- Oczywiście! Gdy przyszedłem na plan serialu, nie za bardzo wiedziałem, jak poruszać się przed kamerą. Grałem wcześniej jedynie w dwóch teatrach telewizji i serialu „Wielkie ucieczki". Teraz każdy dzień zdjęciowy to dla mnie świetna zabawa.

- Zaprzyjaźniłeś się z kimś z ekipy serialu?

- Spędzamy ze sobą na planie bardzo dużo czasu, więc siłą rzeczy staliśmy się sobie bliscy. Jesteśmy jedną wielką rodziną. Jest dużo pozytywnej energii i życzliwości. Inaczej się nie da.

- Czy zdarzyło się, że ktoś poprosił cię o pomoc detektywistyczną?

- Siedziałem niedawno w knajpie, gdzie do baru podeszło dwoje ludzi. Pytali barmana o córkę, która pracowała poprzedniego dnia w tym lokalu i nie wróciła do domu. W pewnym momencie zobaczyli, że siedzę obok i zapytali, czy jako detektyw mogę im pomóc. Mieli w oczach przerażenie...

- Masz dużo fanek?

- Sporo, ale to są głównie dzieci. Dostaję listy od 14-15-latek. Nie mam pojęcia, czy mogę odpisywać nieletnim, więc profilaktycznie tego nie robię (śmiech). Nie zraża to jednak dwóch najbardziej zagorzałych fanek, które - mimo braku odzewu - cały czas do mnie piszą. Poza tym mam żonę. Poznałem Anis na planie „Detektywów", gdzie jest realizatorką. Dużo nas łączy. Ona też jest zagorzałą żeglarką, ma patenty i pływała na jachtach. Niestety, nasza praca zabija pasje. Brakuje nam czasu, by wypłynąć w morze. Nie tracę jednak nadziei, że gdy skończą się zdjęcia do serialu, uda nam się zrealizować ten plan.