Kabaret uświadomił nam warsztatowe niedomogi, uczyłem się zatem przez dwa lata w Lart studiO, gdzie miałem zajęcia z Izabelą Olszewską, Jerzym Grałkiem... W PWST obowiązywał wówczas limit wieku. Dopiero, gdy go znieśli, mogłem, mając niemal 29 lat zostać studentem. Bodaj najstarszym w dziejach Wydziału Aktorskiego tej uczelni.

 



 



Dariusz Starczewski o roli SB w zostaniu aktorem, o Grupie Rafała Kmity, późnych studiach, teatrze Bagatela i chęci wystawienia Mickiewiczowskich "Dziadów"

 

20 lat mija od Twego debiutu w Quasi-Kabarecie Rafała Kmity, który trzykrotnie zwyciężał krakowską PaKĘ... A wszystko, a już na pewno zostanie przez Ciebie aktorem sprawiła Służba Bezpieczeństwa.

- I śmieszno, i straszno - ale tak było. Wcześniej przez głowę mi nie przeszło, by być aktorem. Ani w liceum, ani studiując wraz z Rafałem Kmitą, podobnie jak ja częstochowianinem, na UJ. Przesądził o wszystkim incydent z bezpieką. Szliśmy obaj ulicą Wiślną, gdy Marek Kurzyniec w ramach kolejnej demonstracji nielegalnej organizacji Wolność i Pokój rozrzucał z kolegami ulotki. Sięgnęliśmy po nie i już po chwili siedzieliśmy w suce z innymi młodymi ludźmi. Zamknięty na 48 godzin z jakimiś recydywistami, zresztą zachowującymi się lepiej niż ci, którzy nas zamknęli, uświadomiłem sobie paranoję tej sytuacji - nieważne, czy się działa w podziemiu, czy nie, wystarczy się napatoczyć. A potem były propozycje uczynienia ze mnie donosiciela - ot, spotkamy się w kawiarni, porozmawiamy - przy okazji których dowiedziałem się, co i kiedy mówiłem wcześniej. Widać było, że paru kolegów wcześniej złamano... To był 1988 rok, końcówka PRL-u, a jednak aparat represji ani myślał ustąpić. Potem były żądania od władz UJ z żądaniem relegowania nas ze studiów i trzy posiedzenia kolegium ds. wykroczeń. Tu byliśmy bez szans; esbecy nie tylko utrzymywali, że rozrzucaliśmy ulotki, ale i wmawiali nam przynależność do WiP-u. Zaprzeczenia WiP-owców nie pomagały. Na szczęście władze uczelni robiły, co mogły, by nas nie usunąć. Kończyliśmy przecież III rok prawa. Skończyło się na półrocznych urlopach dziekańskich. I wtedy trafiliśmy do studenckiego radia, gdzie przygotowywaliśmy jakieś programy informacyjne, ale i rozrywkowe, i tak porwał nas artystyczny wir. Usłyszałem, że mam świetny głos i zadatki na aktora...

Rafał Kmita mówił mi, że podczas posiedzenia kolegium wygłosiłeś płomienną 20-minutową mowę obrończą, rodem z amerykańskich sal sądowych. Prorektor Stanisław Grodziski niemal się popłakał.

- Wspierał nas wtedy bardzo. A ja poczułem się jak na sali sądowej. Byłem obrońcą, ale i wszedłem w rolę oskarżyciela systemu - chyba na tyle przekonująco, że już mnie więcej do niczego nie namawiano. Przez to nie miałem szans na paszport przez dwa lata.

I to była Twoja ostatnia mowa w sądzie.

- Już w celi uświadomiłem sobie, że właściwie nie mam żadnych praw, że za nic mogą mnie zamknąć na trzy miesiące, że byle esbek bezkarnie może krzyczeć "Łeb ci, eh... obetniemy". Tylko Marek Kurzyniec z kolegami się dobrze bawili, doświadczając tego nie pierwszy raz. Mnie w każdym razie prawo przestało interesować. Zorientowałem się, że właśnie te przemowy z amerykańskich filmów najbardziej mnie w prawie interesowały. Poczuliśmy też siłę ówczesnej, prawdziwej "Solidarności" - zapłacono nasze grzywny, pytano, jak nam pomóc... To sprawiło, że w wyborach 1989 roku pracowaliśmy dla Radia Solidarność.

Rafał już także rzucił prawo i przeniósł się na socjologię. W 1993 roku powołał swą, działającą do dziś, grupę. To ona sprawiła, że podjąłeś studia aktorskie.

- Kabaret uświadomił nam warsztatowe niedomogi, uczyłem się zatem przez dwa lata w Lart studiO, gdzie miałem zajęcia z Izabelą Olszewską, Jerzym Grałkiem, Dorotą Pomykałą... W PWST obowiązywał wówczas limit wieku. Dopiero, gdy go znieśli, mogłem, mając niemal 29 lat, zostać studentem. Bodaj najstarszym w dziejach Wydziału Aktorskiego tej uczelni. Ale dobrze czułem się wśród młodych.

Jeszcze na studiach zagrałeś u Rudolfa Zioło w Szekspirowskiej "Burzy" w Starym Teatrze, liczyłeś, że trafisz do tego zespołu?

- Liczyłem, i może by tak było, wspierali mnie bowiem Anna Polony i Jerzy Trela, u którego w "Samobójcy" Erdmana robiłem dyplom.

W 1998 roku dostałeś za rolę Aristarcha wyróżnienie na łódzkim Festiwalu Szkół Teatralnych, a spektakl - Grand Prix.

- Tyle że w "Starym" zmieniono dyrekcję i plany wzięły włeb. Zostałem na wolnym rynku.

Miałeś Grupę Rafała Kmity, wtedy już sławną, już po rewelacyjnym, do dziś granym, spektaklu "Wszyscyśmy z jednego szynela".

I dobrze, gdyby nie kabaret, byłoby kiepsko. Trudno funkcjonować na wolnym rynku, którego nie ma. Poza STU inne teatry mają stałe zespoły... Dzięki castingowi zagrałem w STU Horacja w, "Hamlecie", potem dzięki temu dostałem rolę Kułygina w Bagateli w "Trzech siostrach". Była moją przepustką do tego teatru, w którym jestem od 2001 roku.

A skąd się wziął Dariusz Starczewski - reżyser?

- Z chęci większego panowania nad tym, co dzieje się na scenie, bo jednak aktor to tylko instrument w teatralnej orkiestrze. W 2004 roku odważyłem się zmierzyć ze "Szklaną menażerią" Tennessee Williamsa, a dyrektor Schoen dał mi tę możliwość. I myślę, że był to udany początek.

Pewnie tak, bo na tym się nie skończyło. Nie korci Cię, by studiować reżyserię?

- Nie, ale robię doktorat z reżyserii w Akademii Teatralnej w Warszawie. Właśnie z Williamsa...

...którego "Tramwaj zwany pożądaniem" znakomicie zainscenizowałeś w Bagateli.

- Lubię tego gościa.

Ibsen, którego "Heddę Gabler" wystawiłeś, Williams - czyli klasyka. Współczesny polski dramat Cię nie bierze?

- Ciężko takim tekstem się zachwycić, on zwyczajnie nie domaga. A u tamtych starców i erudycja, i konstrukcja, i znakomite dialogi, i głębia psychologiczna, która rodzi niesamowite przepływy emocji między bohaterami. Już kiedyś mówiłem, że czytana sztuka musi wywołać we mnie jakiś rezonans, musi mnie skusić, wciągnąć. I paradoksalnie do tego, co właśnie powiedziałem, moja ostatnia inscenizacja to "d o w n_u s" Bogdana T. Graczyka (światowa prapremiera), a obecna praca to "Postrzał" I. Lausund (polska prapremiera). Teksty młode, dobre i wciągające.

W Bagateli grasz głównie poważny repertuar: u Waldemara Smigasiewicza w "Ślubie" i "Hulajgębie" Gombrowicza, w "Nocy Walpurgii" Jerofiejewa, tytułowego "Wujaszka Wanię" Czechowa, a ostatnio główną rolę w "Układzie" Kazana, wyreżyserowanego przez Michała Kotańskiego...

- Od żartów mam Grupę Rafała Kmity.

I tak równoważnie tkwisz w dwóch żywiołach teatralnych. Któryś z nich jest Ci bliższy?

- Myślę, że siłą dla mojej tragedii jest komedia Ale czasem zdarza mi się niepotrzebnie przydramatyzować.

A propos Grupy Kmity - macie jakiś pomysł na 20-lecie?

- Chyba jeszcze świadomość, że jesteśmy tak starzy, do nas nie dotarła. Choć ostatnio śmialiśmy się, że jeszcze trochę i w "Szynelu" już nie będę musiał grać Masochiewa, bo naprawdę będę dziadkiem. Doświadczenia czerpane z Grupy są cenne i z innego powodu; fakt, że nierzadko spektakl sami produkujemy, że sami nosimy i ustawimy scenografię, sami dbamy o kostiumy, pozwala potem inaczej patrzeć na pracę aktora. Poczynając od tego, że ode mnie pani Władzia nigdy nie dostanie byle jak rzuconego kostiumu...

Czyli nie żałowałeś nigdy decyzji o rzuceniu prawa?

- Ani przez moment Nawet - gdy pracuję po kilkanaście godzin. Męczę się, jeśli nic nie robię. To Ci się chyba sporadycznie zdarza.

Pracując na stałe w Bagateli i Grupie Rafała Kmity, bywasz i w STU, w Łaźni Nowej, w Teatrze Nowym, w warszawskich teatrach Na Woli i Rampa, poza Krakowem także reżyserujesz...

- No, zasuwam. Nie wystarczałby mi tylko kabaret, tylko jedna scena. Może nadganiam czas, który straciłem, zaczynając tak późno. Kończąc studia, miałem 33 lata... Zatem gonię spazmatycznie. I nawet zauważyłem, że jako reżyser się radykalizuję. Zamiast konserwatywnieć, coraz odważniej wychodzę naprzeciw swoim pomysłom. Aż się boję, do czego dojdę.

Masz jakieś reżyserskie marzenia, pragnienia?

- Bardzo chciałbym wystawić "Dziady". Po wielu lekturach sądzę, że mam sposób na inne odczytanie.

To ogłośmy, może jakiś dyrektor teatru się zgłosi. A słynne "Dziady" Swinarskiego widziałeś?

- Gdy przyjechałem do Krakowa, były jeszcze grane, ale to nie był czas, kiedy mnie interesowała scena. Choć Teatr Telewizji oglądałem.

A marzenia aktorskie?

- Ryszard III byłby dobry.

A powiedz, co czerpie aktor Starczewski z doświadczeń Starczewskiego - reżysera?

- Łatwiej rozumie bóle reżysera, głębiej uświadamia sobie, że jest częścią pewnej układanki, a nie kimś jedynym, nawet jeśli gra główną rolę; słowem - bycie po drugiej stronie pozwala łatwiej wyobrazić sobie stres, jakiemu poddanyjest reżyser. To uczy większej wyrozumiałości, cierpliwości i samodzielności.

Sam wolisz reżysera, który wszystko ustawia czy takiego, który zostawia aktorowi pole do inwencji?

- Rola jest moja i lubię mieć trochę miejsca i swobody, sam sobie nad nią pomyśleć, znaleźć do niej klucz, zaproponować coś swojego. Ale ideał to współdziałanie, wzajemne się inspirowanie. Z doświadczeń kogoś, kto sam gra, czerpię jako reżyser, co sprawia, że łatwiej mi porozumieć się z aktorami.

Także z tymi, z którymi na co dzień grasz w Bagateli?To wszak sceniczni koledzy, a tu nagle występujesz z pozycji przywódcy, osoby decydującej...

- Na swoim boisku trudniej o autorytet przynależny reżyserowi, trochę z urzędu. Zależy od aktora. Magda Walach na przykład jest w pełni czujna, nie ufa od razu, ale jak już zaufa, pracuje się z nią świetnie.

Lubi dużo pracować, dużo gadać i słuchać czarnych krążków, popijając czarną kawę - czytam o Tobie na internetowej stronie Bagateli.

- Chętnie słucham płyt analogowych - klasyki jazzu, Joao Gilberto, ale i Kate Bush; pewnie w ten sposób odreagowuję prowadzenie przez siebie, w samych początkach polskiego kapitalizmu, wypożyczalni płyt kompaktowych. No nie był to sukces.

W Twojej inscenizacji "Tramwaju..." ładnie odwołałeś się do legendarnego filmu Kazana sprzed 62 lat. Sam nie miałeś specjalnie okazji, by stawać przed kamerą. Film Cię omija, czy Ty go omijasz?

- Nie pograłem wiele, fakt. Polski film jest asekurancki, jakby reżyserzy bali się dokonania wyboru i ponoszenia za niego odpowiedzialności. Zatem ktoś się załapuje na przykład na rolę ojca i już gra go wszędzie - w filmach, w serialach. Ale też niespecjalnie uczestniczę w castingach, nawet o nich nie wiedząc. Może trochę z własnej winy, bo nie ma mnie w żadnej aktorskiej agencji. A reżyserzy nie szukają w teatrach. Szkoda. Myślę, że moja morda mogłaby się im przydać.

To zaapelujmy, by pamiętali o Starczewskim z Krakowa.

- Żeby w ogóle pamiętali o aktorach spoza kręgu aktualnie grającego. Łatwiej jest, gdy się mieszka w Warszawie.

 

Wacław Krupiński

Dziennik Polski

2 marca 2013

 

 

 


Darek na scenie Lartu!

 

 

 


Wywiad z Darkiem!

 

 

 


Kurs Reżyserii

 

Dariusz Starczewski / Lart*1994 : Na Kursie Reżyserii pracujemy nad praktycznym przełożeniem myśli.