News

Lart studiO Live Search







Absolutnie wspaniałym w życiu Janusza było prywatne Studio Teatralne w Krakowie, do którego dostał się, oblawszy egzaminy do PWST. W prowadzonym przez Leszka Zdybała Lart studiO nauczył się podstaw rzemiosła aktorskiego. Zajęcia praktyczne pochłaniały go bez reszty, chociaż Janusz podkreśla ogromny wysiłek fizyczny, umysłowy i emocjonalny, jakiego od młodych zapaleńców wymagano. Sami przygotowywali spektakle – szyli kostiumy, budowali dekoracje, odbywali niekończące się próby. Kto tego chociaż raz tego spróbował, wie w czym tkwi magia takiej harówki.

 



 



Absolutnie wspaniałym w życiu Janusza było prywatne Studio Teatralne w Krakowie, do którego dostał się, oblawszy egzaminy do PWST. W prowadzonym przez Leszka Zdybała Lart studiO nauczył się Kruciński podstaw rzemiosła aktorskiego. Zajęcia praktyczne pochłaniały go bez reszty, chociaż Janusz podkreśla ogromny wysiłek fizyczny, umysłowy i emocjonalny, jakiego od młodych zapaleńców wymagano. Sami przygotowywali spektakle – szyli kostiumy, budowali dekoracje, odbywali niekończące się próby. Kto tego chociaż raz tego spróbował, wie w czym tkwi magia takiej harówki. Realizacji tego spektaklu od początku towarzyszyły lęk i niepewność, jak też potraktuje go publiczność. Już po pierwszej próbie wokół „Rozrywki” zaczęło szumieć, szemrać i bulgotać. Jedni osądzali Teatr od czci i wiary, inni zacierali ręce w chorej zawiści, prorokując ze zjadliwym uśmiechem: „no teraz to już na pewno się wyłożą.” Wielu spekulowało, czy reżyser potrafi zachować granice dobrego smaku, reszta cichutko powtarzała: „uda się, na pewno się uda!” Gdyby można jakimś czarownym sposobem zarejestrować dygotanie zatrwożonych serc realizatorów i twórców, towarzyszące im podczas premiery, a później puścić je przez głośnik, byłby łomot, że hej (westchnienie ulgi tychże samych – na widok podrywającej się do owacji na stojąco publiczności – zapewne ugasiłoby spory pożar!)

Tymczasem dzisiaj „The Rocky Horror Show” ma fanów, którzy widzieli spektakl po kilkadziesiąt razy. Przyjeżdżają przebrani, ucharakteryzowani, a przynajmniej wyposażeni w niezbędne gadżety: zapalniczki, ryż i papier toaletowy. Jak na całym świecie, widzowie uczestniczą w tym przedstawieniu bardzo czynnie: bawią się razem z artystami, śpiewają z nimi i tańczą. Jednym z ulubieńców publiczności jest oczywiście tytułowy bohater, android Rocky.

Przygotowanie tej roli wymagało od Janusza Krucińskiego wyjątkowej pracy. Długie tygodnie trwało formowanie ciała, walka z bolesnymi zakwasami, odpowiednia dieta i… nauka chodzenia w szpilkach. Ale warto było! Kto nie wierzy, niech koniecznie pojawi się na najbliższym „The Rocky Horror Show”.

Oczywiście Janusz Kruciński dysponuje nie tylko wysportowaną sylwetką. Jego największym atutem jest głos. Ma ciekawą, charakterystyczną barwę, dużą skalę i siłę. Poza swym indywidualnym brzmieniem, odpowiednio pokierowanym wolą właściciela, przypomina lekko chropowaty, przenikliwy chwilami głos Grzegorza Turnaua, czasem zaś staje się łudząco podobny do aksamitnej barwy głosu Zbigniewa Wodeckiego.

- Często o tym słyszę, więc na pewno coś w tym jest. Ale byłem naprawę zaskoczony podczas koncertu sylwestrowego, kiedy śpiewałem „Cichosza”. To było przemiłe: słyszałem ten szmer zdumienia na widowni i nie mogłem uwierzyć, że ludzie jednak dali się nabrać!

Oj dali się, dali. Kiedy wyszedł na scenę i zaczął „Po cichu, po wielkiemu cichu idu sobie i patrzu i widzu…” , nikt nie miał wątpliwości: ten szczupły chłopak z ciemną czupryną to przecież Turnau. Niektórzy tylko widzowie szeptali do swoich żon i przyjaciółek: „Ale co on tu robi? Widać zaprosili go w ostatniej chwili.” Dopiero gdy rozbłysły światła, okazało się, że to nie Turnau, tylko nie wszystkim jeszcze znany członek zespołu wokalnego Teatru Rozrywki, Janusz Kruciński. Pomruk zdziwienia i gorące brawa nagrodziły młodego wokalistę, który w tym momencie przestał być wyłącznie członkiem zespołu. Został zapamiętany. Odtąd na wszystkich koncertach śpiewał najpiękniejsze piosenki – od lirycznych standardów po żywiołowe rock’n’rolle.

- Takie śpiewanie ma źródła jeszcze w szkole średniej – wspomina z uśmiechem Janusz. – Założyliśmy wtedy zespół, który grał absolutnie wszystkie światowe hity „pod dziewczęce serca”. To były naprawdę obłędne czasy!

Szkołę wspomina Janusz wręcz entuzjastycznie. Do tego stopnia, że w pewnej chwili budzi się we mnie – absolwentce chorzowskiego „Słowaka” – bunt. Jak to, jakie Liceum im. Władysława Broniewskiego w Katowicach! Że co, że najlepsze? A my to co? Przecież każdy, kto chodził do „Słowaka” wie, że nikt nam nie dorówna! Nawet w Nowym Jorku mamy fan-club…

Ale kiedy wsłuchuję się w opowieść Janusza, odkładając na bok przekomarzania „o wyższości Słowaka nad resztą świata”, myślę sobie, że jest w tym coś wspaniałego. Rzadko udaje mi się spotkać młodych ludzi, którzy tak ciepło mówią o swoim liceum. Większości z nich „buda” kojarzy się z rygorami , bezdusznymi nauczycielami, nudnymi lekturami i nikomu niepotrzebnymi zadaniami pociągach za stacji A i B. Niestety. Sentyment do szkoły przychodzi zwykle razem z dwudziestopięcioleciem po maturze i najczęściej grubo podszyty jest bolesną świadomością nieuchronnie przemijającego życia.

- Szczycę się, ż chodziłem do najlepszego liceum w Polsce południowej. Z małymi wyjątkami, które zdarzają się zawsze, w tej szkole szanowano indywidualność ucznia. Jeśli ktoś wykazywał zdolności w pewnym kierunku, nauczyciele innych dziedzin potrafili to uszanować. Nie trzeba było być orłem ze wszystkiego. Dawano nam pełną możliwość rozwijania się w dziedzinie, w której wykazywało się talent. Absolutnie wspaniała szkoła!

Drugim absolutnie wspaniałym w życiu Janusza było prywatne Studio Teatralne w Krakowie, do którego dostał się, oblawszy egzaminy do PWST. W prowadzonym przez Leszka Zdybała Lart studiO nauczył się Kruciński podstaw rzemiosła aktorskiego. Zajęcia praktyczne pochłaniały go bez reszty, chociaż Janusz podkreśla ogromny wysiłek fizyczny, umysłowy i emocjonalny, jakiego od młodych zapaleńców wymagano. Sami przygotowywali spektakle – szyli kostiumy, budowali dekoracje, odbywali niekończące się próby. Kto tego chociaż raz tego spróbował, wie w czym tkwi magia takiej harówki.

W tym samym czasie Janusz występował również w kabarecie Artura Ilgnera, który – jak sam opowiada – był wówczas (1993-1995) wielką konkurencją dla zdobywającego szeroką publiczność kabaretu Rafała Kmity. Ten ostatni przez długi czas czuł na plecach oddech Artura I., raz nawet zespołowi Ilgnera udało się Kmitę prześcignąć. Janusz opowiada z dumą o nagrodzie dla największej indywidualności twórczej roku 1995.

Po przygodzie krakowskiej nastał czas Wybrzeża: Kruciński stał się słuchaczem słynnego Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Skończył pierwszy semestr, gdy splot niesprzyjających okoliczności spowodował, że podjął decyzję o powrocie na Śląsk. Zaraz po przyjeździe rozpoczął poszukiwania możliwości dalszego rozwijania talentów wokalno-aktorskich i… 1 kwietnia 1996 roku podpisał umowę o pracę w Teatrze Rozrywki.

Wszedł od razu w próby do „Oceanu Niespokojnego”, później były chórki w koncertach i pierwsze, naprawdę poważne zadanie: rola Pedra w „Człowieku z La Manchy” – partnerowanie na scenie m.in. Stanisławowi Ptakowi. Następne zadania – to kolejne wcielenia Che („Evita”), Gilberta („Ania z Zielonego Wzgórza”) i Janosika („Na szkle malowane”). To takie trudne – publiczność przyzwyczaja się do pierwszego wykonawcy i trzeba ją do siebie przekonać. Nieprawdą jest bowiem, że na spektakl chodzi się raz. W „Rozrywce” widzowie przychodzą kilka, kilkanaście, kilkanaście nawet kilkadziesiąt razy na ten sam tytuł. Ale Janusz Kruciński ze schedą po Michale Bajorze i Krzysztofie Respondku poradził sobie znakomicie. Podobnie, jak z przypisanymi mu od początku rolami Rocky’ego i Św. Piotra („Jesus Christ Supertar”).

- Uprawiam ten zawód dopiero pięć i pół roku, a to jeszcze dużo za wcześnie, by podsumować – Janusz nie chce dzielić ról na bardziej i mniej przez siebie lubiane. – Każda jest inna, inaczej mnie eksploatuje, ale wszystkie dają ogromną frajdę. Kocham aktorstwo i dlatego uważam się za szczęściarza. Nie ma większej kary dla człowieka, niż wykonywanie zajęcia, którego się nie lubi! A ja to naprawdę uwielbiam. Zwłaszcza, że mam mnóstwo sił i energii, bardzo chcę się uczyć i dlatego szukam możliwości pracy również poza Teatrem Rozrywki. Póki co udaje mi się – gram w tej chwili w dwóch musicalach na Wybrzeżu: w Szczecinie (Tony w „West Side Story”) i Gdyni {Sylvan w „Atlantis”). Niebawem będzie kolejna realizacja, również nad moim ukochanym morzem. Pytasz, jak to znoszę? Ledwo, ledwo. Za nieustanne podróżowanie po Polsce płacę zmęczeniem, niewyspaniem, brakiem wolnych chwil. Ulubione książki czytam w pociągach dalekobieżnych. Na chodzenie po lesie, dobre filmy, fotografowanie i pisanie wierszy właściwie już nie mam czasu. Ale jedno wiem na pewno: dopóki ten zawód będzie mnie chciał, nie zrezygnuję z niego.

Ta – jakże świadoma i zdecydowana deklaracja – wymaga sporego poświęcenia. Pamiętam zdumienie moich znajomych, kiedy spostrzegli, że Św. Piotr („Jesus Christ Superstar”) biega po scenie z… nogą w gipsie: „No jak to? Przecież on jest chory, to chyba trzeba było odwołać spektakl?!”

- Tamta kontuzja była jak zadrapanie w stosunku do dolegliwości, z jakimi ludzie przychodzą na spektakl i grają! – uśmiecha się Janusz. – Sama wiesz, że jest takie bardzo prawdziwe powiedzenie: „w teatrze się nie choruje, w teatrze się umiera”. Może to brzmi nieco patetycznie, ale tak jest. Nie możemy – z powodu mniejszych lub większych niedyspozycji – zawieść ludzi, którzy nam zaufali. Widzom coraz trudnej wyjąć z kieszeni tych kilkadziesiąt złotych na bilet do teatru, nierzadko jest to spore wyrzeczenie. A ilu jest takich, którzy przyjeżdżają z odległych nawet zakątków województwa? Ilu jest tych, którzy nas zwyczajnie lubią i potrzebują? Nie możemy ich rozczarować z powodu złamanego palca!

 

*** JANUSZ KRUCIŃSKI Absolwent prywatnego studia aktorskiego Lart studiO* Leszka Zdybała w Krakowie. Wychowanek profesor Danuty Bogus z prywatnej szkoły „Nice Noise” w Katowicach. Członek grupy kabaretowej Artura Ilgnera (1993-94). Debiut sceniczny: „Ocean Niespokojny” (1996). Ważniejsze role w Teatrze Rozrywki: Pedro, przywódca mulników w „Człowieku z La Manchy” (od 1997), Janosik w „Na szkle malowane” (od 1999), Gilbert w „Ani z Zielonego Wzgórza” (od 1997), Che w „Evicie” (od 1999), Rocky w „The Rocky Horror Show” (1999) – również asystent reżysera, Św. Piotr w „Jesus Christ Superstar” (2000), Sir Simon Canterville w „The Canterville Ghost” (2000). ...


 

Janusz z wizytą w Larcie!

 

 

 





Janusz Kruciński / Lart*1995: Lart to ten rodzaj harówki, gdzie ludzie zaczynają pokonywać największe słabości

 

 

LART- ORBITA MARZYCIELI

Absolwentami Lartu są m.in.: Paweł Małaszyński, Anna Cieślak , Dawid Ogrodnik, Urszula Grabowska, Olga Frycz, Leszek Lichota, Wojciech Urbański, Magdalena Waligórska, Grzegorz Halama, Małgorzata Buczkowska, Bartłomiej Świderski, Magda Boczarska, Monika Jarosińska, Bartosz Gelner, Marta Nieradkiewicz, Janusz Kruciński, Magda Turczeniewicz, Karol Pocheć, Agata Wątróbska, Andrzej Młynarczyk, Marta Chodorowska, Krzysztof Minkowski, Marcin Czarnik, Grzegorz Mielczarek, Grzegorz Wojdon ...802 ZDOBYTE INDEKSY SZKÓŁ TEATRALNYCH!

Urszula Grabowska / Lart*1996:

Nikt nie dal mi z siebie tyle, ile dostałam od prowadzących w Larcie. Polecam Lart wszystkim..

Hits: 1204

Bartosz Gelner / Lart*2008

Lart to bardzo energetyczne miejsce. To był dla mnie mega przełomowy, inaczej lepiący mnie czas.

Hits: 1252

Anna Cieślak / Lart*2000:

Przeszłam tutaj ogromną szkołę, chyba najtrudniejszą w życiu. Ja się tu naprawdę obudziłam i zaczęłam pracować.

Hits: 1403

Paweł Małaszyński / Lart*1998:

Przyjechałem tutaj i zakochałem się w tym miejscu, zakochałem się w tych profesorach i naprawdę ci ludzie, tu, nauczyli mnie stać na scenie.

Hits: 1236

Marta Nieradkiewicz / Lart*2003:

Lart to był bardzo trudny rok dla mnie jako dziewczyny, która chciała zostać aktorką. Byłam poddana ostrej krytyce. Nie było litości.

Hits: 1285

Leszek Lichota /Lart*1998:

Gdyby nie Lart to z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że na pewno by mnie nie przyjęli do żadnej szkoły. Lart dał mi dużo więcej niż 4 lata studiów.

Hits: 1273

Magda Turczeniewicz /Lart*2002:

Lart to jest takie wspaniałe miejsce, które może Wam pomóc dostać się do siebie, do swojej autentyczności.Rok w Larcie to czas odkrywania i wyzwalania.

Hits: 1236

Janusz Kruciński / Lart*1995:

Lart to jest ten rodzaj harówki, gdzie ludzie zaczynają pokonywać największe swoje słabości, zaczynają się między nimi zupełnie inne relacje.

Hits: 1116

Olga Frycz / Lart*2006:

Przyszłam do Lartu, przeszłam tutaj swoje, oczywiście... Uczyłam się przez rok. Naprawdę ciężko pracowałam.

Hits: 1312